po raz trzeci

"Myśl o samobójstwie jest jedną z tych najbardziej egoistycznych" - uświadomiła mnie moja kumpela. Wobec tego od kilku dni jestem ...

"Myśl o samobójstwie jest jedną z tych najbardziej egoistycznych" - uświadomiła mnie moja kumpela. Wobec tego od kilku dni jestem typową, bezwzględną egoistką, za co przepraszam. Sama nie wiem nawet, dlaczego przychodzą mi do głowy różne idiotyczne pomysły. Nie chcę być już ciężarem dla rodziców, sprawiać, że ciągle się martwią, że muszą wydawać kolejne zarobione pieniądze na leki, korepetycje, że przeze mnie atmosfera w domu często wieczorami bywa napięta. Tak jak w poniedziałek, kiedy doszło do naprawdę ostrej wymiany zdań z powodu wizyty mamy u ginekolog w sprawie omówienia wyników badań hormonalnych. Mam się czym "chwalić": cytując za doktor są fatalne, gorsze niż przy menopauzie. Moje cudowne małe istotki decydujące o humorze i kobiecości ledwo dosięgnęły najniższego szczebla wartości dodatniej. Przez to przede wszystkim oskarżenia taty, że się nie staram, nie walczę, wydziwiam z jedzeniem. Przecież po wyjściu ze szpitala powinno być wszystko po staremu. Dlaczego ciągle "bawimy się w anoreksję"? Bo leczenie i wychodzenie z choroby trwa co najmniej rok, tato.
To wcale nie takie proste, jakim mogłoby się wydawać. Powrót do normalności prowadzi znacznie trudniejszą drogą do pokonania aniżeli wchodzenie w to mętne bagno. Chociaż sama byłam przekonana, że będzie jednak mimo wszystko łatwiej, to dopiero teraz, po tych dwóch miesiącach spędzonych ponownie w domu, widzę, ile wysiłku psychicznego i pracy fizycznej kosztuje odnalezienie prawdziwej siebie. Szkoda, że Bóg stwarzając świat, nie dodał do niego w gratisie czarodziejskiej różdżki na małe i większe problemy.
Albo że nie istnieje sprawdzona recepta na szczęście..
Od wczoraj wróciłam do diety wysokobiałkowej. Białko na śniadanie, białko do szkoły, białko na obiad i białko na kolację. Mam wrażenie, że niedługo to białko wyskoczy mi rano spod łóżka z wielką gębą krzycząc "Pamiętaj! Zjedz mnie!". Dzisiaj było ciężko. Schabowy na obiad, za którym od kilkunastu miesięcy nie przepadam. Spojrzałam na talerz, zacisnęłam zęby, powstrzymałam powoli napływające do oczu łzy i chwyciłam za widelec. Metodą karmienia berbeci pokonałam kotleta! I wiecie co? Jestem z tego powodu dumna. Może to się wydawać niczym wielkim, przecież dla milionów ludzi jest to co niedzielne normalne danie, jednak dla dziewczyny zmagającej się z jadłowstrętem to kolejny mały sukces. Chyba ruszyłam z kopyta i powoli idę znowu do przodu, w stronę światełka migoczącego na horyzoncie.
Co do tygodnia bez kompulsywnego jedzenia to dzielnie się trzymam, połowę przetrwałam to i z drugą dam radę.
Gorzej z akceptacją swojego ciała. Widzę, jak się zmienia, jak gdzieniegdzie pojawiły się nowe rozstępy, jak nabieram masy w udach. Podczas kąpieli staram się je dotykać jak najmniej. Zdaję sobie sprawę z tego, że to nie jest odpowiednie wyjście jeśli mam się z tym "nowym" wyglądem, pełniejszymi kształtami oswoić. Daję sobie na to jeszcze czas.
A póki co uciekam zaraz na kanapę kibicować ostałym faworytom "Top Chefa". Bo czasami potrzebna jest też taka prymitywna w XX wieku powszechna forma relaksu.

You Might Also Like

0 komentarze

Flickr Images