po raz czwarty
10:53Chwilę temu. Staję w bieliźnie przed jedynym dużym w domu lustrem, zamykam oczy, biorę wdech. Uspokajam się przed zobaczeniem swojego odbicia po raz pierwszy od dwóch tygodni. Jeszcze sekunda i spojrzeniem odpowiadam patrzącej na mnie bliźniaczce. Przypatruję się figurze. Jedyne, co widzę i rzuca mi się jako pierwsze, są nogi, ich kształt a raczej jego brak. Mój największy kompleks znowu zaczyna mnie podgryzać. Potem brzuch, już nie taki wyćwiczony, dołącza się do kąsania z drugiej strony. Chcę uciec, zniknąć, wymazać się białą gumką lub poprawić swój nieudolny szkic.
Idę do łazienki, zaczynam płakać. Zmieniłam się. Wyglądam inaczej (gorzej?), już niechudo. I czuję złość na siebie, że gdzieś w środku świadomie brakuje mi tej chudości sprzed czterech miesięcy. Jestem nieszczęśliwa, zamknięta bezprawnie w ciele, którego nie potrafię pokochać czy chociaż zaakceptować. Znów pieszczotliwie nazywam siebie mamutem.
Nienawiść rośnie.
Pocieszają mnie zbliżające się coraz chłodniejsze dni. Nie muszę za dużo pokazywać. Mogę nosić długie, oversizowe, grube swetry zakrywające te niechciane mankamenty. Schować się w nich, opatulić miękką włóczką. Dlatego to też jest kolejny powód, dla którego najbardziej w ciągu roku lubię jesień i zimę.
Gorzej będzie, gdy przyjdzie wiosna. Żeby nie być dziwolągiem trzeba będzie ubrać się lżej. Już czuję tą nadchodzącą wiosenną katastrofę.
Jutro lub w sobotę ważenie. Większe cyferki, więcej mnie. To dziwne, jak bardzo liczba może wpłynąć na nasze samopoczucie i postrzeganie siebie.
Kończę, naciągam puchaty koc na głowę i udaję, że to pelerynka niewidka. Nie ma mnie, dla nikogo.
0 komentarze