po raz dziewiąty
11:42Ostatnia przedświąteczna sobota, którą powitałam rano z bolącym gardłem i rozkręcającym się katarem. Trudność przy połykaniu nawet minimalnej ilości śliny pozwoliła na przygotowanie odbiegającego od utartych weekendowych kanapek śniadania. I tak dzisiaj zagościły bananowe kluski kładzione, takie małe, idealne z serii comfort food danie. Choć przyznam, że tak jak do tej pory poranne posiłki, które mogę przyrządzać sama według własnego smaku i ochoty, sprawiały mi ogromną przyjemność, od kilku dni stają się większym wyzwaniem. Dlaczego? Odpowiedzi na to pytanie szukam już kolejny wieczór i dalej nie znajduję tej odpowiedniej. Myślałam, że w momencie pożegnania szpitala, zacznę wszystko na nowo z kumulowaną co dnia za zamkniętymi oknami dawką energii i motywacji do walki. Jednak od miesiąca coś pękło, coś się we mnie złamało i sprawiło, że zaczęłam tęsknić za chorobą, za utraconymi wcześniej kilogramami, za mocą kontrolowania własnych potrzeb i za stłamszonym uczuciem głodu. Czy chcę wrócić do stanu sprzed wakacji? Ciągle waham się pomiędzy 'tak' a 'nie' choć zdaję sobie sprawę z podstępności tej dziewczyny, która zabłądziła i schowała się moim ciele. Najgorsza jest świadomość, że doskonale zna się jej wszelkie chwyty, przebieg anoreksji i czynniki, które pomagają z niej wyjść, a nie zawsze chcemy z nich skorzystać. Boję się wyzdrowieć dlatego, że czuję też się dzięki temu, co mnie spotkało, na swój sposób wyjątkowa. Choroba stała się dużą częścią mnie, moich myśli i odczuć. Poznałam drugą, bardziej brutalną a zdecydowanie pozbawioną kolorów stronę życia i nieszczęście kilkunastu ludzkich historii. Dzięki niej również w końcu obrałam kierunek na studia i bardziej sprecyzowałam plany na przyszłość. Utwierdziłam się bardziej w przekonaniu i wewnętrznemu poczuciu, że tak naprawdę chcę pomagać innym. Mogąc dać cząstkę siebie, wesprzeć kogoś, kiedy tego potrzebuje, posiedzieć w milczeniu lub starać się wspólnie znaleźć rozwiązanie i wyjście z sytuacji bez światełka na horyzoncie czuję, że żyję. Czuję, że po coś jednak mam być na tym świecie.
I jeśli sobie pomyślę, że pewnego dnia położę się do łóżka, nie walcząc wcale z wyrzutami sumienia po zjedzonych posiłkach, to mimowolnie ogarnia mnie obcy smutek, który rzadko zdarzało mi się doznać. Paradoks. W tym całym zatęchłym, zgubnym, śmiertelnym bagnie rośnie i rozwija się coś pięknego, kruchego, delikatnego. I boję się to stracić.
Wiecie, co sprawia, że cieszę się na nadchodzące święta? To, że mogę wtedy wprowadzić magię do swojego pokoju zawieszając na oknie pomarańczowe lampki i srebrne gwiazdki. Wieczorem cały pokój otula przytulna barwa a stojący na biurku zielonkawy cyprys dodaje uroku Gwiazdki. Zamykam drzwi, kładę się na łóżku, otulam miękkim, puchatym kocem i wpatruję się na patrzącego groźnie ze ściany wilka. Gdybym mogła, to zamieszkałabym na wybrzeżu Skandynawii tuż przy lesie w jasnym domu z wielkimi drewnianymi oknami by móc napawać się jeszcze niedotkniętym przez ludzi pięknem przyrody. A wieczorami zasiadałabym przy palącym się ciepłym ogniem kominku, z kubkiem ulubionej, rozgrzewającej herbaty i lekturą pod ręką. Obok leżałby mój ukochany i wymarzony wilczy psiak. I oboje bylibyśmy szczęśliwi. Chyba dobrze jest czasem choć na chwilkę pozwolić wyobraźni na swobodę.
Muszę się Wam do czegoś przyznać. Kiedy weszłam tutaj parę minut temu i zobaczyłam pierwsze komentarze, na mojej twarzy pojawił się gigantyczny uśmiech dziecka, które dostało od rodziców długo wyczekiwany ulubiony cukierek. Nadzieja na to, że po drugiej stronie monitora jest ktoś, kto przeczyta moje myśli, towarzyszyła mi od samego początku prowadzenia bloga. A może i nawet jeszcze przed jego założeniem? Nieistotne. Chciałam Wam podziękować za Wasze słowa, naprawdę, szczerze podziękować. Może Wam wydaje się to niczym niezwykłym ani szczególnym - napisanie komentarza, ale dla mnie znaczy straszliwie dużo. Dziękuję za to, że poświęciliście trochę swojego czasu na to, by tutaj zerknąć.
Teraz wiem, że nie jestem tak do końca w tym sama.
0 komentarze